To właśnie od wiązanki pogrzebowej zaczęła się moja praktyczna przygoda z florystyką. Wspomnienia wracają :)
Sprawa miała się tak: w lutym 2008 roku, mama zadzwoniła do mnie z prośbą o zrobienie wiązanki pogrzebowej. Uf, ciekawe wyzwanie. Kupiłam 5 róż i z tego co miałam pod ręką (czyt. w ogródku teściowej) zrobiłam takie cuda:
Szczególnie podoba mi się świąteczna gipsowtówka posypana brokatem :))
To, że kompozycja nie jest najwyższych lotów wiedziałam. A na szczęście mama załatwiła mi praktykę u znajomej florystki. W ciągu dwóch miesięcy udało mi się zrobić kilkadziaśąt wiązanek, głównie pogrzebowych i to był najlepszy trening jaki mogłam mieć :)
Dziś patrząc na swoje pierwsze dzieło, wybiłabym sobie tę brokacianą gipsówkę z głowy (ale wtedy to była moja duma :)). Wszystko można, warto świetnie wyglądać, ale chyba nie na pogrzebie :)
Zresztą pozostałe elementy też nie są najlepiej dobrane i ułożone, ale od czegoś trzeba było zacząć :)
M.